Elantris to tytuł jednej z pierwszych książek, jakie napisał Brandon Sanderson. Dla jednych czytelników stanowi znakomity wstęp do światów tworzonych przez tego autora. Innych może nastawić ostrożnie. No to jak to jest z tym tytułem?
Elantris – świetliste miasto, które zgasło
Osią, wokół której obraca się historia, którą roztacza Sanderson, jest tytułowe Elantris – świetliste miasto, które kiedyś było zamieszkiwane przez istoty o potężnej mocy. Dawniej będący zwykłymi ludźmi, w wyniku nagłego „błogosławieństwa”, określanego jako Shaod, zaczynali roztaczać wokół siebie świetliste aury i zyskiwali zdolność do posługiwania się potężną magią opierającą się o tajemnicze znaki – Aony. Tak było przez wieki. Do czasu.
Pewnego dnia blask miasta zgasł, magia zawiodła, a jego mieszkańcy zmienili się w swoje własne cienie, pokraczne, półmartwe istoty. Wiele z nich z czasem zaczynało popadać w szaleństwo.
To w skali mikro. W skali makro w świecie Elantris, który zresztą ma swą odrębną nazwę Sel (to znaczy jest to nazwa świata, nie świetlistego miasta), dzieje się wiele. A konkretniej – rośnie w siłę Fjorden, mocarstwo rządzone przez fundamentalistów, których główną siłą jest zakon mnichów. Mnichów, wśród których oprócz kapłanów są i specjaliści różne, których zdradzać nie będę, aby uniknąć spoilerowania. W każdym razie mocarstwo rośnie w siłę i zdobywa wpływy w kolejnych królestwach. Jednym z nich okazuje się właśnie to, na terenie którego znajduje się Elantris – skądinąd uważane w religii hegemonii za przejaw boskiego przekleństwa.

Gdy zderzają się polityka, władza i religia
Elantris to książka fantasy, która opowiada właśnie o zderzeniu tych trzech czynników. Jak również o zderzeniu ideałów i mroku. I tu niestety pojawia się coś, co jednym nie będzie przeszkadzać, dzięki bardzo lekkiemu stylowi pisania Sandersona, innych jednak zmierzi. W Elantris wiele spraw jest czarno-białych. Owszem, są postacie, które zmieniają front, ale i one robią to w bardzo prosty sposób.
Osobna rzecz, że to, co robi Brandon Sanderson, to poniekąd próba dotarcia do ludzi młodych. Bo książka posiada wiele cech powieści młodzieżowej. Co jednak ciekawe – również powieści „zwykłej”. Na tyle, by dorosły odbiorca jednak chciał doczytać do końca. Choć tu muszę przyznać – gdybym zaczął lekturę sandersonowych światów akurat poznania Elantris, mógłbym już nie sięgać dalej. Zacząłem jednak od „Z mgły zrodzonego” i… będę co jakiś czas zaglądać do innych cyklów literackich tego autora. Dla uczciwości muszę jednak zaznaczyć, iż są i tacy czytelnicy, którzy chwalą i ten tom, po prostu połykając wszystko, co wyjdzie spod pióra Sandersona. Także moje zdanie może być tu mocno odrębne i wynikać po prostu z preferencji literackich.
Elantris – książka jakby na pół podzielona
Warto jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz. Elantris to powieść, w której można wydzielić dwie istotne części. Mniej więcej do połowy Sanderson skupia się na wątkach „pałacowych”, polityce „miękkiej”, relacjach pomiędzy postaciami, czy powolnym budowaniu intrygi. Później jednak autor nadaje powieści tempa, przechodzi do akcji, zaczyna się sporo dziać. Owszem, nadal widać w tym dużo z „młodzieżówki” (i cały czas niezmiennie „nie do końca”, ale jednak).
No więc jest podział. I okazuje się, że wśród czytelników Elantris istnieje podział. Pomijając osoby, którym podoba się całość wszystkiego, co Sandersona – część czytelników wyraźnie woli pierwszą połowę książki, a część w trakcie lektury jakby odżywa w momencie przejścia w tryb „przyśpieszenia akcji”.
Swoją drogą warto tu też wspomnieć o tym, że Sanderson lubi się rozpisywać, czasem za bardzo. Efekt tego jest trochę i taki, że momentami kolejne rozdziały są na tyle rozciągnięte, by się dłużyły, a mimo to na tyle interesujące, by jednak czytać do końca. Trochę to mówi dobrze o planie powieści, trochę słabo o tym, ze nie było selekcji treści.

Czy warto przeczytać Elantris?
Tak. Podobnie, jak i inne książki Sandersona. Choć niekoniecznie od niego zaczynać. Mnie osobiście bardziej spodobała się powieść „Z mgły zrodzony”, która zresztą z Elantris ma więcej niż trochę wspólnego.
Z drugiej strony jeśli ktoś preferuje lekkie fantasy i dość przyjemną lekturę, Elantris nagle zyska dodatkowe punkty i stanie się lepszym pierwszym wyborem. A już na pewno w przypadku młodzieży, choćby ze względu na bardzo ciekawie przedstawioną postać jednej z bohaterek, wyemancypowanej księżniczki Sarene z Teodu, która przybywa do krainy Arelon. A konkretnie do Kae, miasta niegdyś będącego w cieniu tytułowego Elantris, dziś stanowiącego nową stolicę Arelonu.
Szybko okazuje się, że Sarene pokazana jest jako kobieta zaradna, z charakterem, bardzo różna od stereotypowej „niewiasty do ratowania”, jaka pojawia się w części powieści fantasy. I choćby z tego względu warto ten tytuł polecić – bo jednak takich postaci, jak wspomniana księżniczka, nadal brakuje w książkach fantastycznych (i w sumie nie tylko w nich). I od razu zaznaczmy, jest to pokazane w sposób dobry, wiarygodny i jak najbardziej sensowny.
Z drugiej strony jest i książę Raoden – niedoszły dziedzic Kae, którego uwielbia lud Arelonu, ale niekoniecznie jego elity władzy. Niedoszłego, gdyż zaraz początku książki dopadł go wspomniany wyżej Shaod i przyszło mu się zmagać z trudami życia jako Elantryjczyk. Pomysł niezły, ale niestety – postać Raodena została tak bardzo przeidealizowana, że aż bajkowa. Choć tu znów – przeszkadza to dorosłemu czytelnikowi, ale dla młodzieży nie musi to być wadą.
Czy Elantris to pojedyncza książka?
To pytanie, na które warto w ramach recenzji odpowiedzieć. Okazuje się, że choć Elantris to początek cyklu, w którym ukazały się dwie kolejne książki („Nadzieja Elantris” i „Nowa dusza cesarza”), spokojnie można sięgać po powieść także jako pojedynczy tytuł.
Pierwszy tom sprawdza się jako coś do samodzielnego czytania i nie ma wrażenia niedosytu pomimo otwartych furtek, sugerujących, czego możemy oczekiwać w kolejnych częściach. A jednocześnie można sięgnąć i po nie, kontynuując poznawanie świata Sel.
Tyle o tej konkretnej książce. A na koniec jeszcze ciekawostka. Pod koniec Elantris pojawia się scena, która jest pewnego rodzaju sugestią, że wydarzenia dziejące się w różnych powieściach Sandersona, dzieją się w jednym uniwersum (Cosmere), choć… na różnych planetach. Ot, fantastyka z rozmachem.











