TurboFikcja

Fantastyka, kultura, cywilizacja

Pamięć zwana imperium
Książki

Pamięć zwana imperium – Arkady Martine o intrygach i władzy (recenzja)

Pamięć zwana imperium to powieść science fiction (czy może space opera, choć tez nie do końca) nieco nietypowa jak na ten gatunek fantastyki. Choć jest tu trochę ciekawych zabiegów, tak naprawdę główny akcent kładziony jest nie na wizje przyszłości i technologię, lecz na kulturę i wpływ języka na sposób myślenia jego użytkowników. Książka została napisana w roku 2019, a rok później zdobyła nagrodę Hugo. Co warto o niej wiedzieć?

Imperium połyka planety, czyli fantastyka, polityka i wątki społeczne

Arkady Martine pisząc swoją debiutancką książkę, stworzył coś mocno odbiegającego od wytyczonych standardów i norm. Teoretycznie mamy tu wizję przyszłości, ogromne międzygwiezdne imperium, statki kosmiczne i zasygnalizowaną obecność obcych. W praktyce to nie one są głównymi akcentami. Znacznie ważniejsze okazują się polityczne walki (dla jednych o wpływy, dla innych o przetrwanie) oraz ocena, w jaki sposób można patrzyć na obcą kulturę. A także, jak na jej zrozumienie mogą wpływać niuanse lingwistyczne, myślenie w innym języku, czy nieprzetłumaczalność pojęć wynikających z otoczenia, w którym się wyrosło.

Teixcalaan i stacja Lsel

Cała historia zaczyna się w momencie, gdy na niezależną stację górniczą Lsel (wokół której skupione jest kilka jeszcze mniejszych podobnych ośrodków) przybywa przedstawicielstwo dominującego w znanym wszechświecie imperium Teixcalaan. Dostarczona informacja jest krótka: międzygwiezdna hegemonia domaga się jak najszybszego mianowania i przyjazdu do stolicy nowego ambasadora. O losie poprzedniego nie informuje, co już na początku przyczynia się do powstawania różnych pytań.

Lsel wyznacza do tej roli Mahit Dzmare. Wyposaża ją w imago, nieznany imperium Teixcalaańskiemu implant, który pozwala korzystać z pamięci innych osób. Problem w tym, że poprzedni ambasador, Yskandr, ostatni raz zaktualizował dostępne stacji Lsel zapisy lata temu. Tym samym wiedza, która może ułatwić lawirowanie wśród intryg i dbanie o polityczne bezpieczeństwo stacji kosmicznej, już na starcie jest mniejsza, niż powinna być.

Gdy Mahit Dzmare przybywa do stolicy imperium, Teixcalaan, akcja zaczyna nabierać tempa. Szybko pojawiają się nowe zagadki i niebezpieczne wypadki. Kolejne informacje plączą się ze sobą, tworząc skomplikowaną sieć. Spotykani urzędnicy i politycy bądź walczą o miejsce na cesarskim dworze, bądź dążą do poważnych zmian.

Pamięć zwana imperium - okładka
Okładka książki Arkady Martine (AnnaLinden Weller)

Czy Pamięć zwana imperium to science fiction?

Jak już napisałem wcześniej, nie do końca. W znaczeniu ogólnym tak, bo mamy tu świat przyszłości i obejmujące wiele układów planetarnych imperium. Ale tak naprawdę bardziej trafne byłoby stwierdzenie, ze to powieść przygodowa. A także social-fiction, ukazująca zderzenia kultur. No i są tu też lekkie wątki sensacyjne. Za małe, by książkę Arkady Martine’a nazwać kryminałem, ale wystarczająco wyraźne, by o nich wspomnieć. Tak więc nie dokładnie SF, ale się o ten gatunek ociera.

Co faktycznie istotne, to że perspektywa ambasadorki Mahit Dzmare jest bardzo szczególna. To postać, która miała się opierać na wiedzy swojego poprzednika. Okazuje się jednak, że w zderzeniu z nawałnicą wydarzeń, sama musi wszystko układać od zera. Jednocześnie mimo fascynacji kulturą imperium Teixcalaańskiego, co chwila zderza się z problemami wynikającymi z niepełnej wiedzy o lokalnej kulturze.

Różnice językowe odzywają się w niespodziewanych momentach. Słowa jednoznaczne w jednej cywilizacji, w drugiej poprzez wieloznaczność wywołują zupełnie inne reakcje (np. dla mieszkańców Teixcalaanu dla słów „miasto”, „imperium” i „świat” używa się tej samej nazwy). Inne są granice przestrzeni osobistej i rozumienie własnej tożsamości. Wisienką na torcie jest fakt, że istotną częścią kultury mocarstwa jest jego poezja. A ta może być przecież problemem dla przyjezdnych…

Niektóre recenzje książki krytykują wątki związane z poezją, czy bardzo nietypowe imiona mieszkańców imperium Teixcalaan. Ale jeśli pomyśleć o tym, to pewne rzeczy bardziej dają do myślenia, gdy zostają celowo przerysowane. Wtedy łatwiej widzieć różnice kulturowe – a właśnie o nich jest w dużej mierze ta książka. Intrygi wokół cesarza, walka o sukcesję, zagrożenie wojną domową, wzmianki o podbiciu nowych planet i rebeliach na nich, czy próby zapobieżenia aneksji stacji Lsel… To tylko preteksty, do ukazania czegoś innego. Nawet technologia imago jest tylko punktem wyjścia do opowiedzenia o następstwach jej używania.

Tak więc to, co dla jednych będzie znakomitą space operą (tak tę książkę określił w swojej recenzji tygodnik Publishers Weekly), dla innych będzie czymś zupełnie innym. Jeśli ktoś się spodziewa wydarzeń podobnych do tych z Diuny lub Hyperiona – zawiedzie się. Ale jeśli otworzy się na coś zupełnie innego, może oczekiwać wiele.

Swoją drogą ambasadorka Mahit nie jest jedyną postacią, która w „Pamięci zwanej imperium” doznaje zderzenia kulturowego. Również przydzielona jej łączniczka kulturowa, Trzy Trwa-Morska czasem ma podobne problemy. W jej przypadku wynikające z lawirowania między myśleniem o Mahit jak o kimś nowym do odkrycia, a… jak o barbarzynce.

Pamięć zwana imperium zdobyła nagrodę Hugo (i nie tylko)

Po premierze w roku 2019 książka przyciągnęła wiele uwagi. Odbiór był tak dobry, że skończyło się uzyskaniem nagrody Hugo w roku 2020. także w 2020 powieść zdobyła Comton Crook Awards. Tytuł był tez nominowany do nagrody Nebula za najlepszą powieść 2019.

Książka była chwalona między innymi przez recenzentów New York Times (jako hipnotyzujący debiut), The Verge (za lekką fabułę) i Tor.com (za budowę świata i subtelność przekazu).

Tron cesarza Teixcalaan
Tron Sześć Kierunku, cesarza Teixcalaan

Czy warto przeczytać Pamięć zwaną imperium?

Pierwsze kilka stron jest napisana wybitnie ciężko. Jednak chwilę później następuje gwałtowny zwrot i opowieść zaczyna płynąć. Lekko jest już do końca, a całość na pewno „trzyma”. Wniosek? Tak, warto przeczytać.

Jednocześnie trzeba zauważyć, że są i minusy. W kilku miejscach pojawiają się zbyteczne wstawki rozciągające treść. Owszem, są łatwe w przełknięciu, ale nie wnoszą niczego, więc spokojnie można by je wyciąć. Dodatkowo trochę psuje wrażenie końcówka. Sama w sobie dobra, ale jej konsekwencje opisane trochę naiwnie. Z powodzeniem z tego samego finału Arkady Martine mogła wycisnąć więcej.

Mimo tych mankamentów polecam, bo warto. Choćby dla pomyślenia o zderzeniach kultur.

Przy okazji, dodam na koniec, ze Arkady Martine to pseudonim. Prawdziwe nazwisko autorki to AnnaLinden Weller.

Czy Pamięć zwana imperium to początek cyklu?

Tak, docelowo ma to być seria – Teixcalaan (tak jak nazwa imperium i jego stolicy). Jednak pierwszą część można potraktować jako niezależną całość, bez potrzeby sięgania po kolejne.

Świat Teixcalaanu został jednak zbudowany w taki sposób, że daje wiele możliwości rozwijania dodatkowych wątków. W niektórych zakątkach kosmosu czają się obcy. Część planet próbuje się wyzwolić. W stolicy działają grupy niezadowolone z panującego systemu. Możliwości jest wiele.

Drugi tom cyklu ukazał się w roku 2021. Sequel ma tytuł A Desolation Called Peace (Spustoszenie zwane pokojem). Nie czytałem, nie wiem, czy po niego sięgnę, ale lektury pierwszego tomu nie żałuję. Dodam jednak, że sequel także doczekał się wyróżnienia – w roku 2022 uzyskał nagrodę Hugo.

Podziel się

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *