Wiele osób krytykuje „Achaję”. Ja nie. Mi się podobała. Ale czwarty tom cyklu „Virion” to jednak coś, za co należy się krytyka mocna i wyraźna. Za wykonanie na łapu-capu. I tak, wiem, wiele osób zachwyca się tym tomem. Wkładam te zachwyty do samej samej szuflady, do której większość (nie całość) krytyki względem „Achaji”. Czyli do szuflady „sufitowej”.
Virion. Szermierz – słaby koniec dobrego cyklu
Ta krytyka nie będzie skupiać się na autorze. Odnośnie tego, co się co jakiś czas rozkręca wokół pierwszego cyklu „achajskiego” może kiedyś napiszę parę słów komentarza (a zaznaczę, że światopoglądowo jestem po stronie krytykujących, po prostu nie zgadzam się z zarzutami względem książki). Krytyka Viriona dotyczy zupełnie czego innego.
W czym więc problem? Cóż, pierwsze dwa tomy Viriona, czyli „Wyrocznia” oraz „Obława”, były dobre. Nie aż tak jak poprzednie dwa cykle („Achaja” i „Pomnik cesarzowej Achai”), ale jednak. W trzecim tomie („Adept”) parę razy zawiodła redakcja, ale nie do przesady, można było przeczytać (choć trochę to dziwiło, bo jednak Fabryka Słów raczej dba o takie rzeczy, a i sam Ziemiański zwykle pisze dość płynnie). No, zwyczajnie ocena niższa niż w poprzednich seriach, ale nadal wystarczająco, żeby przeczytać.
Szermierz się potknął
Niestety – czwarty tom Viriona („Szermierz”) wygląda jak napisany na odczepnego zlepek notatek. A może jak scenariusz do gry komputerowej. Szarpany, z zachowaniami postaci mniej więcej takimi, jak gdyby wybierało się opcje dialogowe w grze, czasem próbując co się stanie, jak się wybierze inne.
Czasami mylą się postacie w odniesieniu do tego, która co robiła wcześniej. Czasem postacie wiedzą o czymś, czego wiedzieć nie mają prawa. Czasem zapominają o rzeczach, o których raczej trudno, by zapomniały, a bywa nawet, że zmieniają im się charaktery ze sceny na scenę lub zapominają za co kogoś nie lubią (włącznie z tym, że jednej z postaci zupełnie uleciało z głowy, że inna postać ukatrupiła we wcześniejszych tomach jej ukochanego). A z kolei postacie drugoplanowe potrafią znikać lub się pojawiać nie na zasadzie skupiania uwagi czytelnika, a w sensie opisywania sceny tak, jakby nagle „zmienna” w ich postaci zwyczajnie została wyłączona. Podobnie zresztą znikają ich cechy szczególne, jeżeli akurat na potrzebę sceny mogłyby zawadzać.
Przykłady? Upiorzyce wyczuwają się z daleka i coś je do siebie przyciąga. Ale gdy bohaterowie, wśród których jest jedna z nich, chcą zgubić inną, to już tej cechy upiorów nie ma. Ot, po prostu. Albo inny przykład – ludzie znajdujący się w karczmie nagle widzą kto idzie wzdłuż ulicy kawałek dalej. Magia, proszę państwa. Albo wzrok Supermana. I takich błędów fabularnych jest tu więcej.
No nie. Coś tu się zwyczajnie nie zgadza.
I dlatego recenzja ta przybiera przybiera formę narzekania. Bo niestety „Virion. Szermierz” na narzekanie zasłużył.
Trochę na drugą nóżkę
Są jednak i mocne strony. Co dość ciekawe – część scen wskazuje na to, że autor (Andrzej Ziemiański) może mieć zupełnie inne poglądy na życie, niż te, które się mu przypisuje. Chociaż to może temat na osobny tekst – jeśli zdecyduję się napisać kiedyś dłuższy komentarz do awantur wokół serii. Tu tylko wspomnę, że jeśli jakiś młody wyznawca szowinistycznych poglądów sięgnie po książkę na przekór wspomnianym krytykom, to… są tu sceny, które mogą mu sugerować, że jednak uprzedzenia są bez sensu. I to jest na plus w „Virionie Szermierzu”. Ale tylko to. Bo „technicznie” z tą książką jest nie najlepiej.
Na tym Virion się nie kończy
Na horyzoncie pojawia się kolejna seria, tym razem „Szermierz natchniony. Virion”.
Cóż, oby pierwszy tom kolejnego cyklu („Zamek”) przeszedł jednak jakąś redakcję, bo Andrzej Ziemiański pisać potrafi. Mam więc mocną nadzieję, że nie powtórzy prowizorki z „Szermierza” i w kontynuacji opowieści o Virionie wróci na swój poziom.











